|

Tydzień upłynął pod znakiem poczty. Dyplomatycznej. Najpierw zaginął list prezydenta do ambasadora Rosji w sprawie uczestnictwa L. Kaczyńskiego w uroczystościach w Katyniu. Potem poinformowano, że listów takich rozesłano jeszcze do kilku
adresatów, tyle, że zupełnie niepotrzebnie. Okazało się, że nie praktykuje się w dyplomacji wysyłania listów od prezydenta do ambasadora jakiegoś kraju, bo to nie ta ranga i szczebel. To wszystko trzeba by załatwiać przez MSZ. Ale pan prezydent tak nie znosi ministra Radka Sikorskiego, że być może postanowił go ominąć, co wyszło na zupełny brak kompetencji ze strony urzędników prezydenckiej Kancelarii. Na szczęście skończyło się bez większych awantur. Bez awantur obyło się także w sprawie drugiego listu - premiera do prezydenta, a potem odpowiedzi Pałacu w sprawie Sikorskiego. Z tego ostatniego listu wynika, że nie ma „haków” na ministra, jedynie inne zdanie prezydenta na pewne problemy. Zatem opinia prezydenta i jego brata nie musi być wiążąca dla Platformy Obywatelskiej w obliczu wyboru jej kandydata na prezydenta. Przecież to jest widoczne jak na dłoni, że PiS usiłuje wpłynąć na wybór kandydata z PO. Ile było krzyku, gdy PO chciało, aby do komisji śledczej nie trafili Kempa i Wassermann, a teraz PiS robi podobnie. Obowiązuje prawo Kalego. Ktoś słusznie zwrócił uwagę, że bracia Kaczyńscy uznają się za superpatriotów. To dobrze, gorzej jest natomiast wtedy, gdy ktoś ma inne zdanie niż oni. To oznacza, że ten ktoś nie jest patriotą, bo gdyby był, to by się zgadzał z braćmi. Zatem od razu okazuje się, że bracia stali tu gdzie stoją, a tamci, tam gdzie ZOMO. I gra muzyka. Wracając zaś do prawa Kalego, to okazuje się, że obowiązuje ono także w przypadku Marcina Rosoła, który usiłował załatwić pracę córce Ryszarda Sobiesiaka. Oburzenie, zwłaszcza ze strony PiS-u i SLD było wprost straszne. A przecież, jeśliby się dobrze przyjrzeć, to w Kancelarii prezydenta zatrudniono wyłącznie znajomków. Ostatnio nawet panią Gosiewską, której były mąż Edgar nie za bardzo chciał płacić alimenty, no to w ten sposób społeczeństwo pomoże byłej małżonce, zrzucając się na jej niemałą pensję. Ponieważ pomysł z „dziadkiem z Wehrmachtu” powiódł się w poprzedniej kampanii prezydenckiej i przyniósł zwycięstwo Lechowi Kaczyńskiemu, Prezes uważa, że to dobra i skuteczna metoda. Stąd, jak donoszą, zapełnione lochy Biura Bezpieczeństwa Narodowego teczkami z okresu rozwiązywania WSI i być może Antoni Macierewicz, który nota bene coraz bardziej fizycznie upodabnia się do Feliksa Dzierżyńskiego, coś znajdzie. Choć znając jego wyjątkowe zdolności do partaczenia wszystkiego do czego się dotknie - nie wierzę. Raport jego autorstwa z likwidacji WSI jest totalnym niewypałem, skoro na ponad czterysta doniesień do prokuratury, ten zajął się tylko kilkoma. Wszechogarniające spiski doprowadziły do tego posła Macierewicza, że ostatnio w Telewizji „Trwam” obwieścił, że Trybunał Konstytucyjny jest dzieckiem „Okrągłego Stołu” i służb specjalnych z WSI na czele. Wcale się nie zdziwię, że poseł zawiąże spisek przeciwko sobie, tylko po to, aby udowodnić, że spiski istnieją. Tymczasem wraca nowe. Wojciech Mann udzielił wywiadu „Newsweekowi” stwierdzając, że atmosfera w Programie Trzecim Polskiego Radia, przypomina tę z okresu PRL. Przypomnijmy, że po skoku PiSolewu na radio i telewizję, Program III PR przypadł PiS-owi, a konkretnie jego szefowi Jackowi Sobale, wdzięcznemu dziecku ideologii PiS. Jak twierdzi W. Mann, kiedyś zachowywano choć pozory obiektywności zapraszając do audycji publicystycznych dziennikarzy różnych opcji - teraz jedynie słusznej. Rzeczywiście - już to przerabialiśmy. W. Mann na wszelki wypadek szuka pracy. Podobny „pluralizm” wyznaje poseł Edgar Gosiewski. Europoseł Marek Migalski zaproponował panel dziennikarski na marcowym kongresie PiS-u, proponując udział w dyskusji także dziennikarzom krytycznym wobec jego formacji. Ale od czego jest czujny klasowo poseł Gosiewski? Kontratakował proponując wyłącznie Czabańskiego i Targalskiego, wiernych żołnierzy PiS-u, wyrzuconych niedawno z radia. Efekt? Panel się nie odbędzie. Ile to się musiało zmienić, aby się nic nie zmieniło. To zupełnie odwrotnie, niż z tym Indianinem, który przyszedł do urzędu stanu cywilnego i prosił o zmianę nazwiska. „A jak się pan obecnie nazywa?” - pyta urzędnik. Indianin odpowiada: „Waleczny Orzeł Spadający z Nieba Na Wrogów i Uderzający W Nich Znienacka”. „A jak się pan chce nazywać?”. A Indianin odpowiada: „Jebudu”.
|