|
Kiedy jest afera, wiedzą dziennikarze i urzędnicy. Aferę hazardową wyprodukowali dziennikarze, zaś aferę gruntową, o której poniżej, dziennikarz do spółki z urzędnikami Ministerstwa Skarbu.
Jak doniosła sierpniowa „Rzeczpospolita”, „ABW bada aferę gruntową na stołecznej uczelni”. Już uznano, że jest afera. Dalej czytamy, że to chodzi o SGGW, która „chciała sprzedać cenne tereny za ułamek wartości - twierdzi resort skarbu”. Od razu przychodzą człowiekowi najgorsze myśli, co za łotry, debile i aferzyści pracują na uczelni. Według dziennikarza „Rzepy” i urzędników, „wycenę zaniżono od dwóch do nawet dziesięciu razy”. Na pierwszy rzut oka, powinno się natychmiast pozbawić prawa wyceny firmy rzeczoznawczej, ale tego nie zrobiono. Firma rzeczoznawcza od lat współpracuje z uczelnią i nigdy nie było żadnych zastrzeżeń co do rzetelności wycen. Wraz z uczelnią postanowiła dochodzić sprawiedliwości. Swoje poważne wątpliwości co do zarzutów ministerstwa, dotyczących terenów wilanowskich, SGGW zgłosiła do Komisji Arbitrażowej przy Federacji Stowarzyszenia Rzeczoznawców Majątkowych. W grudniu ubiegłego roku, komisja wydała swoją opinię przyznając rację firmie wyceniającej, a podważając zdecydowanie wyceny sporządzone przez ministerstwo. Sprawiedliwości stało się zadość. Co przeżyły panie z firmy rzeczoznawczej po publikacji „Rzeczpospolitej” i dodatkowo po odmowie przez nią zamieszczenia sprostowania - to wiedzą tylko one. Mogło wyjść na to, że straciłyby renomę i pozycję na rynku. A dziennikarz? Pewnie wpadł w zły humor, że był taki bliski znalezienia afery, o której zresztą już poinformował ludzkość. A urzędnik? Pewnie wzruszył ramionami i o 16.00 zamknął biurko i poszedł do domu w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku. Jakr
|